Linki do poprzednich części: #1 #2 #3 #4 #5
Gdy Deva przestała mieć już przed nami jakiekolwiek tajemnice, kiedy to poznaliśmy niemal co drugiego mieszkańca, postanowiliśmy, że czas zmienić otoczenie. Na zegarze dobijała herbaciana godzina, a my nie mieliśmy jeszcze nawet zapasów na jakąś obiado-kolację.
Szybko namierzony supermarket stał się naszym celem podróży. Czas przez który jechaliśmy do sklepu wykorzystywaliśmy do planowania zakupów i wymyślania dań kuchni Makłowicza czy też innego Mistrza Pełnego Gara.
Dzisiejszego wieczoru nasze głodne gęby miały zjeść leczo z wyszukanych rumuńskich składników. Gdy kompletowaliśmy składniki inni rumuńscy klienci kiwali głowami z uznaniem. Ich śliniące się oczy błagały nas o zaproszenie na ucztę. Z dezaprobatą spotkaliśmy się tylko w momencie, w którym wybieraliśmy trunek do kolacji. Wtedy to dojrzały jegomość o sędziwym spojrzeniu wykrzywiał się w grymasie bólu kiedy do zakupowego kosza wsadzaliśmy wino w plastikowej butli. Choć butla to może niewłaściwe słowo - lepszym byłby baniak. Wskazywał więc na pojemnik z winem, wołał plastick-plastick, wybałuszał jęzor, a palcami składał znak krzyża.
Zlekceważyliśmy jego uwagi uznając go za typowego rumuńskiego szaleńca. Na jego oczach pogłaskaliśmy z troską plastikowy zbiornik, pomachaliśmy przyjaźnie i uciekliśmy do kasy.
Na wypadek kolejnego ataku krwiożerczych owadów zaopatrzyliśmy się w transylwański odpowiednik OFF'a, na opakowaniu którego widniał komar przebity osikowym kołeczkiem.
Zapakowaliśmy toboły i wędrowaliśmy dalej na wschód, w poszukiwaniu miejsca dzisiejszego wypoczynku. Przejeżdżaliśmy przez Cugir przerażające miasto wampirzych posłańców. Szczęśliwie jeszcze przed zachodem słońca. Wszystkie domostwa obudowane okiennicami chroniły swych panów przed morderczym słońcem. Miasteczko było niemal opustoszałe, ciężko było znaleźć żywą osobę lub choćby zwierzę. Dopadły nas przerażające wizje.
Popędziliśmy w las. Potok przy trasie chlupał wesoło, a my już wiedzieliśmy, że to będzie doskonałe miejsce na biwak. Jechaliśmy jednak w głąb przyrody mijając raz po raz ogrodzone działki tubylców. Żadnego zjazdu - traciliśmy nadzieję, a niebo w zastraszającym tempie ciemniało. Aż nagle, w ostatniej chwili, któryś z nas dostrzegł ukrytą zaroślami polankę. Niemal wymarzoną. Płaski kawałek terenu, otoczony lasem z pięknym, choć głośnym potokiem. Nasze radosne twarze komunikowały, że dalsze poszukiwania nie są konieczne.
Zjechaliśmy ze wzniesienia i zaczęliśmy przygotowania do kolacji. Szybko rozpalone ognisko dawało poczucie bezpieczeństwa i komfortu. I w tej chwili ktoś nagle z przerażeniem zauważył - Tu nie ma zasięgu! Otoczeni przenikliwą naturą, bez kontaktu z cywilizacją. W dziczy, bez komarów! Zarysowała się piękna perspektywa. Jedynie Jarosław nieco posmutniał. Na jego twarzy pojawiło się zaniepokojenie. Gdzieś daleko, poza granicami tego lasu, tego rumuńskiego terytorium pozostawił swą zapewne stęsknioną teraz Kamilę i Jasiosława. Jeszcze, na domiar złego natura postanowiła zakpić sobie z ich przyzwyczajenia do nowinek technologicznych odcinając całkowicie zasięg. Mrok zapadał kłopotliwie szybko kiedy Jarek zdecydował się ruszyć w powrotną drogę, w stronę Cugiru - wampirzego królestwa by zatelefonować do swojej rodziny i uspokoić, że nic złego nam się nie przytrafiło. Zanim uświadomiliśmy sobie fakt niebezpieczeństwa tej wyprawy, Jarka już nie było. Nad ziemią unosił się tylko tuman kurzu jaki pozostawił po sobie pędząc ścieżką, którą chwilę temu uciekaliśmy.
Nie mogąc wiele począć, spisaliśmy naszego kolegę na starty i zabraliśmy się za obieranie cebuli, wszak zaraz po czosnku, cebula jest najlepszym środkiem w prewencji przed zębatymi mordercami.
Kończyliśmy już kroić boczek kiedy Jarek niespodziewanie wrócił cały i zdrowy. Niestety mimo, przebytych kilku kilometrów od obozu nie zdołał złapać choć źdźbła zasięgu. Ściana mroku, a wraz z nią przeraźliwe śpiewy głodnych wampirzysk pohamowały jego zapędy. Wrócił i tego wieczora już nie był sobą. Częstowaliśmy go winem, wspaniałą potrawą z gara. Nic.
Podobno tej nocy nie zmrużył oka.
Ja natomiast, wyczerpany popołudniowymi wspinaczkami zasnąłem momentalnie.
Cdn...
Jeśli się podobało sprawdź całą historię od początku! #Pierwszy Wpis
Gdy Deva przestała mieć już przed nami jakiekolwiek tajemnice, kiedy to poznaliśmy niemal co drugiego mieszkańca, postanowiliśmy, że czas zmienić otoczenie. Na zegarze dobijała herbaciana godzina, a my nie mieliśmy jeszcze nawet zapasów na jakąś obiado-kolację.
Szybko namierzony supermarket stał się naszym celem podróży. Czas przez który jechaliśmy do sklepu wykorzystywaliśmy do planowania zakupów i wymyślania dań kuchni Makłowicza czy też innego Mistrza Pełnego Gara.
Dzisiejszego wieczoru nasze głodne gęby miały zjeść leczo z wyszukanych rumuńskich składników. Gdy kompletowaliśmy składniki inni rumuńscy klienci kiwali głowami z uznaniem. Ich śliniące się oczy błagały nas o zaproszenie na ucztę. Z dezaprobatą spotkaliśmy się tylko w momencie, w którym wybieraliśmy trunek do kolacji. Wtedy to dojrzały jegomość o sędziwym spojrzeniu wykrzywiał się w grymasie bólu kiedy do zakupowego kosza wsadzaliśmy wino w plastikowej butli. Choć butla to może niewłaściwe słowo - lepszym byłby baniak. Wskazywał więc na pojemnik z winem, wołał plastick-plastick, wybałuszał jęzor, a palcami składał znak krzyża.
Zlekceważyliśmy jego uwagi uznając go za typowego rumuńskiego szaleńca. Na jego oczach pogłaskaliśmy z troską plastikowy zbiornik, pomachaliśmy przyjaźnie i uciekliśmy do kasy.
Na wypadek kolejnego ataku krwiożerczych owadów zaopatrzyliśmy się w transylwański odpowiednik OFF'a, na opakowaniu którego widniał komar przebity osikowym kołeczkiem.
Zapakowaliśmy toboły i wędrowaliśmy dalej na wschód, w poszukiwaniu miejsca dzisiejszego wypoczynku. Przejeżdżaliśmy przez Cugir przerażające miasto wampirzych posłańców. Szczęśliwie jeszcze przed zachodem słońca. Wszystkie domostwa obudowane okiennicami chroniły swych panów przed morderczym słońcem. Miasteczko było niemal opustoszałe, ciężko było znaleźć żywą osobę lub choćby zwierzę. Dopadły nas przerażające wizje.
Popędziliśmy w las. Potok przy trasie chlupał wesoło, a my już wiedzieliśmy, że to będzie doskonałe miejsce na biwak. Jechaliśmy jednak w głąb przyrody mijając raz po raz ogrodzone działki tubylców. Żadnego zjazdu - traciliśmy nadzieję, a niebo w zastraszającym tempie ciemniało. Aż nagle, w ostatniej chwili, któryś z nas dostrzegł ukrytą zaroślami polankę. Niemal wymarzoną. Płaski kawałek terenu, otoczony lasem z pięknym, choć głośnym potokiem. Nasze radosne twarze komunikowały, że dalsze poszukiwania nie są konieczne.
![]() |
| Obozowisko |
Zjechaliśmy ze wzniesienia i zaczęliśmy przygotowania do kolacji. Szybko rozpalone ognisko dawało poczucie bezpieczeństwa i komfortu. I w tej chwili ktoś nagle z przerażeniem zauważył - Tu nie ma zasięgu! Otoczeni przenikliwą naturą, bez kontaktu z cywilizacją. W dziczy, bez komarów! Zarysowała się piękna perspektywa. Jedynie Jarosław nieco posmutniał. Na jego twarzy pojawiło się zaniepokojenie. Gdzieś daleko, poza granicami tego lasu, tego rumuńskiego terytorium pozostawił swą zapewne stęsknioną teraz Kamilę i Jasiosława. Jeszcze, na domiar złego natura postanowiła zakpić sobie z ich przyzwyczajenia do nowinek technologicznych odcinając całkowicie zasięg. Mrok zapadał kłopotliwie szybko kiedy Jarek zdecydował się ruszyć w powrotną drogę, w stronę Cugiru - wampirzego królestwa by zatelefonować do swojej rodziny i uspokoić, że nic złego nam się nie przytrafiło. Zanim uświadomiliśmy sobie fakt niebezpieczeństwa tej wyprawy, Jarka już nie było. Nad ziemią unosił się tylko tuman kurzu jaki pozostawił po sobie pędząc ścieżką, którą chwilę temu uciekaliśmy.
Nie mogąc wiele począć, spisaliśmy naszego kolegę na starty i zabraliśmy się za obieranie cebuli, wszak zaraz po czosnku, cebula jest najlepszym środkiem w prewencji przed zębatymi mordercami.
Kończyliśmy już kroić boczek kiedy Jarek niespodziewanie wrócił cały i zdrowy. Niestety mimo, przebytych kilku kilometrów od obozu nie zdołał złapać choć źdźbła zasięgu. Ściana mroku, a wraz z nią przeraźliwe śpiewy głodnych wampirzysk pohamowały jego zapędy. Wrócił i tego wieczora już nie był sobą. Częstowaliśmy go winem, wspaniałą potrawą z gara. Nic.
Podobno tej nocy nie zmrużył oka.
Ja natomiast, wyczerpany popołudniowymi wspinaczkami zasnąłem momentalnie.
Cdn...
![]() |
| Na zdjęciu ewidentnie zatrwożony Jaczo. |
Jeśli się podobało sprawdź całą historię od początku! #Pierwszy Wpis


Komentarze
Prześlij komentarz