4# Anastenaria

Po ucieczce z osady Romów mieliśmy świadomość, że nie zostało nam zbyt wiele czasu na znalezienie miejsca na nocleg. Wjeżdżanie w kolejny tajemniczy szlak byłoby zbyt ryzykowne. Postanowiliśmy więc spróbować z drugiej strony głównej szosy. Tereny na które się zapędzaliśmy były kontrastem do tych, które niedawno opuściliśmy. Małe, zaniedbane pola, gdzieniegdzie stepy - nie napawały optymizmem. Co gorsze, jakość drogi po której się poruszaliśmy z każdym metrem ulegała pogorszeniu. A to mostek z niezgrabnie ułożonych płyt, a to wyjeżdżone, wyschłe, błotne koleiny. Nie mogliśmy sobie pozwolić na dalsze poszukiwania. To była najwyższa pora na założenie obozu.
Przytuliliśmy się więc do drobnego placu otoczonego przez ścianę z suchych, polnych krzaków mierzącą na oko metr siedemdziesiąt wysokości. Wysuszone, błagające o wodę wypłaszczenie nie było obfite w opał, toteż przy akompaniamencie zachodzącego słońca i bzyczeniu wygłodniałych komarzysk trochę zajęło nam zebranie z okolicy materiału na ognisko.
Szef kuchni na dziś przygotował mięso z górnej części prosiaka. Wspaniale zamarynowane przez czarodziei z Lidla czekało na swój los. Rozłożyliśmy zatem naszego turystycznego grilla, rozpaliliśmy ogień i w ten sposób pokonaliśmy naszych wieczornych nieprzyjaciół - komary.
"A to łajzy, ale smrodzą!", dało się usłyszeć kiedy my przy ognisku radowaliśmy się winem z Transylwanii. Gdy te bezduszne owady dały za wygraną mogliśmy w końcu w spokoju odpocząć po tym wyczerpującym dniu.

Obóz na rumuńskich pustkowiach.

I piliśmy. To smaczne wino nie miało zamiaru się kończyć. Pewnie wielu koneserów okrzyknęło by nas plugawcami za to jakimi wyszukanymi trunkami się tam raczyliśmy, ale chyba żaden z nas nie powie dziś złego słowa na smak tego rumuńskiego napitku. Te półsłodkie i półwytrawne, jeszcze schłodzone alkohole dodały nam nowej energii na wieczór.

Ognisko zaczynało już dogasać, (my razem z nim) kiedy jeden z moich kolegów wpadł na szalony pomysł by na własnej skórze (dosłownie) sprawdzić czy rozżarzone węgle faktycznie parzą.
Anastenaria czyli tradycyjny bałkański rytuał "chodzenia po ogniu" stał się symbolem tego wieczoru.
Piekielne węgielki, które osiągały temperaturę około 600 stopni Celsjusza kontra nasze bose stopy. Oczywiście nic nie wydarzyłoby się gdyby nie Jarek. On znający biegle narzecze unguja, intonując rytualne pieśni jako pierwszy popędził na diabelską ścieżkę. I nie, nie. Nie przemknął przezeń jak opóźniony Intercity przez Czeluśnię tylko dreptał z gracją pawia jakby chciał nadepnąć na każdy jeden węgielek. Dalej zadziałał efekt domina i w końcu wszyscy posmakowaliśmy dreptania po żarze. Niemal wszyscy wyszliśmy bez szwanku z tego dzikiego spaceru. Niemal, bo Picek postanowił chyba, wędrując przez ogień zbierać materiał przez co następnego dnia doskwierały mu drobne poparzenia.

Podobało się? Przeczytaj poprzednie części! ;)
#1 Bine ați venit în România!
#2 Nakutakia kila la heri!
#3 Gipsy Town
lub przejdź do kolejnej:
#5 Deva station

Komentarze