5# Deva station

Linki do poprzednich części: #1 #2 #3 #4

Nie spaliśmy długo. w godzinach wcześnie porannych wybudziło nas słońce, jeden po drugim wstawaliśmy niczym zombie rozglądając się wokół i zastanawiając jak do cholery się tu znaleźliśmy. Chwilę zajęło uświadomienie sobie, że to już kolejny dzień jak minęliśmy naszą polską granicę.
Żar naszego obozowiska całkowicie już zastygł i nie było śladu po naszych nocnych wyczynach. Nawet przez chwilę przemknęło nam przez myśl, że nic się nie wydarzyło, ale prócz zbieżnych zeznań mieliśmy jeszcze jeden dowód. Poparzone platfusy Michała.

Mnie tego poranka dopadły trudy rumuńskiej aklimatyzacji ;). Nie wiem czy to rzadsze powietrze, czy parny klimat, ale mój organizm postanowił zaprotestować. Z wysiłkiem przychodziło mi oglądanie moich kompanów, którzy szykowali się do śniadania. Gdy ja turlałem się w mękach, oni wesoło przypominali sobie historie z poprzedniego wieczora. Wspaniały zapach pieczonego mięsa był dla mnie niczym biczowanie. Wykręcałem się na boki niczym wampir kropiony wodą święconą.
Walczyłem. Wspomagany miksturami jakich nie powstydziłby się Gargamel, minuta po minucie odzyskiwałem witalność.
Trochę po południu byłem już gotów do drogi. Gotów jak cała reszta. Pogoda była idealna, taka ani za ciepło, ani za zimno. Ruszyliśmy dalej. W poszukiwaniu zamku najstarszego z wampirów.

Zdjęcie: Alex Zamfirache


Naszym kolejnym przystankiem okazało się miasteczko o nazwie Deva. To tam po raz pierwszy osiodłaliśmy nasze zastygłe nieco rumaki i dopompowując powietrza ruszyliśmy na podbój widocznego powyżej zamku. Tak. Po morderczym wieczorze uznaliśmy, że nie jest złym pomysłem wspiąć się na przewyższenie, którego żaden z nas dawno nie doświadczył.
O tym, że to niekoniecznie był dobry pomysł dowiedzieliśmy się już po kilkunastu metrach podjazdu.
Minęliśmy bramę zamczyska, a przed nią budkę, z której łypał na nas młody wiekiem ochroniarz. Rzucił coś po rumuńsku gdy mijaliśmy go ostatnim tchem.
Byliśmy za murami. Już zastanawialiśmy się w jaki sposób sforsujemy tę budowle gdy za naszymi plecami pojawił się, porzuciwszy swój posterunek, strażnik. "Nie wolno, nie wolno" - wołał w znajomym języku. Z telefonem przy nosie, z uruchomionym translatorem gonił nas by oznajmić, że spacery po zamku z rowerem pod pachą to nie jest najlepszy z pomysłów. Dalej porozumieliśmy się w migowym polskim, bo jak się okazało, po angielsku z naszym nowym kolegą też nie porozmawiamy. Zostawiliśmy rowery pod baczną strażą wartownika i wróciliśmy na zamek.
Co ciekawe - twierdza, którą przyszło nam zwiedzać, przez setki lat powstrzymywała porywcze ataki nieprzyjaciół, choć obecny kształt zamek przybrał w XIII wieku. W późniejszych latach warownia pełniła różne funkcje aż do XIX wieku, kiedy to znajdował się w niej skład amunicji.
To właśnie w wyniku wybuchu prochu w 1848 roku, forteca została zniszczona, a następnie opuszczony zamek zaczął popadać w ruinę.
Dziś jest udostępniony dla zwiedzających i z każdym rokiem rekonstruowany stanowiąc malowniczą wizytówkę tego rumuńskiego miasteczka.


Czytaj ciąg dalszy (#6)...

Komentarze