Przeczytaj też poprzednią część (#2)
Lub zacznij od części pierwszej (#1)
![]() |
Zatrzymaliśmy się tylko na chwilę żeby zebrać myśli, opracować jakiś plan i wtedy zaczęli wychodzić. Jeden po drugim wyłaniali się z zakamarków. Kilku nagle zwisało z drzewa. Mógłbym przysiąc, że chwilę temu nikogo tam nie było. Gdzieś niedaleko zaczęły szeleścić knieje, tam też pojawiło się paru. Szli drogą, wychodzili z potoku, nie spadali jedynie z nieba.
Ich przesadnie opalone szyje momentalnie wskazały nam z kim mamy do czynienia. Romowie potocznie nazywani cyganami zaczęli schodzić się zewsząd tak jakby kolor naszej karoserii podziałał na nich jak płachta na byka. Może mi się zdawało, ale usłyszałem okrzyk "zjedzmy najpierw tego chudego". Byłem przerażony.
Razem z nimi pojawiły się komary. Może to przypadek, a może była to ich własna, tresowana armia krwiożerczych wampirów mających jeden cel. Wyssać z nas soki by nasze mięso było jak najmniej krwiste. W ich oczach widziałem, że nie są to zwykłe owady jakie możemy spotkać na naszych terenach. Dumnie wymachując trąbkami rzuciły się na nas spragnione naszej juchy.
Jeden z moich przytomnych kolegów natychmiast desperacko rzucił się w kierunku samochodu - naszej jedynej nadziei.
Nie musiał nas długo przekonywać byśmy poszli w jego ślady. Byli coraz bliżej kiedy komary pięściami zaczęły wybijać boczne szyby, wiedząc już, że ich łakomy kąsek chce uciec z talerza.
Silnik zaryczał niczym afrykański lew broniący swego stada. Zaskoczeni Romowie odskoczyli zdezorientowani wykrzykując swe plemienne przekleństwa. To była nasza szansa. Kierowca wdepnął pedał gazu jakby chciał wybić dziurę w podwoziu.
Uciekliśmy.
Tak nam się wydawało.
![]() |
| Wesołe życie w rumuńskiej wiosce Romów. |
Jechaliśmy tą samą drogą, jednak chaty które wcześniej mijaliśmy, a na które nie zwracaliśmy uwagi, teraz patrzyły na nas srogo. I nagle ich zobaczyliśmy.
Starszyzna czekała na nas z pochodniami. Ustawieni wzdłuż drogi, a nawet i na drodze, z szyderczymi uśmiechami na twarzy czekali aż podjedziemy. Słychać było bębny, lutnię i śpiew miejscowych dziewek.
Zbliżaliśmy się wolno, pogodzeni z losem. Zastanawiałem się czy zdejmą ze mnie skalp. I wtedy, gdy obmyślałem jak mnie przyrządzą i czy będę gotowany na wolnym ogniu, okazało się, że dziś nasze życie będzie darowane.
Zgromadzenie było wioskowym sądem, na którym już rozpatrywano karę dla innych nieszczęśników. Gdy tylko minęliśmy naszych niedoszłych oprawców przyspieszyliśmy chcąc jak najszybciej zniknąć im z oczu. Wyjechaliśmy cali. Wróciliśmy na główną drogę licząc na odrobinę wytchnienia.
A przecież ten dzień tak spokojnie się zaczął. Chcąc zasmakować tutejszego jadła zajechaliśmy do przydrożnej knajpy obłożonej miejscowymi klientami. Wybraliśmy sobie najbardziej lokalne dania z karty przyniesionej przez rumuńską kelnerkę. Wspaniałe kiszone warzywa do dzisiaj wywołują fantastyczne wspomnienie najwykwintniejszej przystawki. Pikantne ciorby (doprawione jeszcze przez nas ostrymi, zielonymi papryczkami) doskonale komponowały się z surowym klimatem Rumunii. Nie bylibyśmy sobą gdybyśmy nie okrasili całości lokalnym piwem, o które zadbał kolega Picek.
To wtedy właśnie postanowił on przełamać bariery i stereotypy jakie rządzą światem jakoby ludzie mówiący w różnych językach nie potrafili się zrozumieć. Gdy poniekąd koślawą angielszczyzną poprosiliśmy o rachunek on wyraźnym, donośnym tonem postanowił pani kelnerce oznajmić po polsku (wskazując na puste butelki), że rachunek za browar był już opłacony. Nie rozumiejąca kompletnie nic, niewinna kobieta pokiwała głową i z uśmiechem uciekła do baru.
Nie mogło być inaczej, Picek dostał jeszcze jedno piwo. ;)
Czytaj ciąg dalszy (#4)...


Komentarze
Prześlij komentarz