7# Hammam na dziko

Poranek był rześki i pogodny. Ukryci w gęstym lesie, otoczeni górami, długo wyczekiwaliśmy pojawienia się promieni słońca. Tylko muskani przez solidne dawki promieniowania UV mogliśmy czuć się naprawdę bezpiecznie. Na te rozkosze musieliśmy jednak poczekać, ponieważ wysokie szczyty skutecznie nas izolowały. Szybko podjąłem decyzję by wzniecić nasze ognisko i choć trochę ogrzać zmarzłą skórę. 
Jarka już nie było. Gdy tylko zmrok zaczął ustępować świtowi, on wskoczył na pierwszy lepszy rower i pognał w poszukiwaniu zasięgu rumuńskich sieci komórkowych. 
W tym czasie ja już obracałem rozmaite boczki i karki zakupione dzień wcześniej. Gdy reszta gromady wypełzła ze swoich pieczar śniadanie było niemal gotowe. To był pierwszy maja, w Polsce Święto Pracy, przez Rumunów nazywane Ziua Muncii. 
zdjęcie rumuńskiego potoku

Słońce w końcu przebiło się przez zarośla i zaczęło opiekuńczo podwyższać temperaturę. To był odpowiedni moment żeby zmyć z siebie dotychczasowe trudy wyprawy. Potrzebowaliśmy tylko śmiałka, który podejmie się konfrontacji z zimnym górskim potokiem. Czekamy na Jarka! - postanowiliśmy telepatycznie. Koledzy nieśmiało podchodzili do wody, szukali miejsca w którym woda w magiczny sposób nabiera wyższych temperatur, ale każda ich próba kończyła się tak samo. Odskakiwali niczym rażeni piorunem na kilka metrów i fukali jak zezłoszczone koty w kierunku rwącej rzeki. 
Nagle z za zakrętu wyłonił się on. Jak miało się za chwilę okazać, nasz prekursor lodowatych pryszniców. Biła od niego radość, wiedzieliśmy, że udało mu się spełnić swoją misję. Dodzwonił się i ze spokojem mógł kontynuować wyprawę. Był tak szczęśliwy, że gdyby tylko mógł, pozwoliłby, by to rower jechał na nim przez następne kilometry. Skakał, śpiewał, tańczył. Na propozycję kąpieli w rzece nie odpowiedział nic. Wziął rozbieg i niczym David Hasselhoff w Słonecznym Patrolu wpadł w potok. Nie dowierzaliśmy kiedy on beztrosko chlupał się w wodzie, która osiągała 3°C swojej maksymalnej temperatury. 
Weszliśmy i my, i faktycznie, po chwili zdrapywania szronu z łydek woda wydawała się znośna. Z kolejnymi minutami  - przyjemna. By na koniec stać się czymś co sprawia radość. Naprawdę, kąpiel w zimnej wodzie dostarcza taką dawkę endorfin co kilka zjedzonych łapczywie mlecznych czekolad lub jazda rowerem w przemoczonych ciuchach pod stromą górę (ale na tę opowieść przyjdzie czas). 

Gdy byliśmy już wykąpani, najedzeni i szczęśliwi nastał czas by wyruszyć w dalszą podróż. Bardzo ciężko było się rozstać z tym miejscem. Ten górski potok miał swoją magię, urok. Odprężał, mimo, że czasem musieliśmy krzyczeć by się zrozumieć. 
Ruszyliśmy wcześnie, nasz cel majaczył gdzieś ponad wzgórzami. Wzywał nas już jakby mniej odważnie. Poznał naszą moc i poczuł respekt. My także wiedzieliśmy już z kim się mierzymy i z jakim orężem się przygotować. 
Droga wiodła przez samo serce Karpat, trasą Transfogaraską... 

Jeśli się podobało sprawdź całą historię od początku! #Pierwszy Wpis

Komentarze