2# Nakutakia kila la heri!

Obudziliśmy się wcześnie rano nie pamiętając poprzedniego wieczoru. Wszyscy mieliśmy już świadomość, że to sprawka diabelskich mocy. Tych ich brudnych łapsk, które nas chwytały zza granicy. Pamiętaliśmy tylko moment, w którym przeprawiliśmy się do jakiegoś tajemniczego uroczyska, odczytywaliśmy węgierskie runy wypisane na drzewach i naiwnie wierzyliśmy, że miejsce naszego odpoczynku jest bezpieczne.
Pozornie spokojna okolica skrywała coś w powietrzu. Wiata ze strzechy dawała fałszywe świadectwo komfortu. Mógł nas zaniepokoić niemal całkowity brak robactwa. Nie było najzwyczajniejszych owadów, ptaki cicho czkały, żaby rechotały jakby ponuro.
Czy coś jedliśmy? Ostatni posiłek który pamiętam, to wyborna jajecznica z dwunastu jaj, przyrządzona naprędce pośród płaczących topoli. Ale to było popołudniu. Kto przejął nad nami kontrolę wieczorem? Nie sądzę byśmy się jeszcze dowiedzieli.

Spakowaliśmy swój dobytek i ruszyliśmy dalej. Już dziś mieliśmy przekroczyć granicę kraju Draculi. Byliśmy gotowi. Tak przynajmniej nam się zdawało.
W końcu dojechaliśmy do węgierskich rubieży. Pustkowie, które nas przywitało świadczyło o tym, że niewielu śmiałków decyduje się na równie brawurowe czyny co my. Po krótkiej przeprawie, wymianie pieniędzy na wampirze dukaty (LEU), mogliśmy spojrzeć na słońce już po Rumuńskiej stronie. Słońce, które miało być naszym ostatnim sprzymierzeńcem na nasz widok pobladło. W magicznych okolicznościach skradziona została nam także godzina z życia (EEST). Zmieszani patrzyliśmy jak nasze zegary wariują.

Zmrok coraz śmielej wyłaniał się ze swej pieczary dlatego postanowiliśmy znaleźć miejsce na nocleg. Nie było to trudne bo...


Rumunia, to kraj pochłonięty roślinnością. To natura w czystej postaci. To miejsce gdzie flora i fauna w dużej mierze nie zostały (jeszcze) przepędzone przez człowieka. Tam niedźwiedzie (ursy lub ursusy- jak kto woli) mogą sobie spokojnie maszerować po lesie i zbierać jagody do koszyczka bez obaw, że niespodziewanie przeszkodzi im w tym jakiś nachalny turysta. Rumunia to polany ze ścięta przez owce trawą, jakiej nie powstydziłby się Stihl w reklamie swojego najbardziej prestiżowego modelu kosiarki. Kraj ten to tradycja wypoczynku na świeżym powietrzu, smacznego wina i pięknych kobiet.

Skręciliśmy więc w pierwszą lepszą drogę trafiając do wsi o serdecznie brzmiącej nazwie Milova. Oczekiwano nas...

Czytaj kolejną część (#3)

Komentarze

  1. Krzysztofie. Wpisuję Cię na listę moich ulubionych pisarzy.
    I czekam z niecietpliwiścią na ciąg dalszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem dumny mogąc się pochwalić taką fanką ;), a fakt ten dodatkowo motywuje mnie do opisywania dalej tych naszych niecodziennych wędrówek!

      Usuń

Prześlij komentarz