1# Bine ați venit în România!

Pierwsze, rozwydrzone komary zaczynały kąsać jeszcze nieśmiało skórę Płocczan kiedy my zbieraliśmy się do wyjazdu. Ostatnie upychane w torbę gacie wystawały pokracznie. Ktoś na siłę chciał jeszcze wepchać (jak się okazało) zupełnie niepotrzebne dmuchane materace.
Każdy chciał chwycić za kieł szczerbatego Draculę, wychłeptać ciorbę czy w końcu kąpać się w bezgranicznym oceanie rumuńskiego wina.

Rowery zamocowane z tyłu na aluminiowym uchwycie wcale nie dawały poczucia bezpieczeństwa. Jakby do nas wołały: "Jedźcie, jedźcie. Przy pierwszej możliwości zerwiemy się rzucając pod koła, rozweselonej piątkiem rodzince." Toteż spętaliśmy je czym się dało, supłami jakich nie powstydziliby się najmężniejsi morscy żeglarze ;].



Ruszyliśmy zmrokiem, przedzierając się na południe przez coraz bardziej tonące w mroku Mazowsze. Gdzieś w tle, raz po raz trzepocząc skrzydłami prowadził nas uczeń wielkiego wampirzego mistrza. Prowadził na ucztę, na której to my mieliśmy być głównym daniem. Schrupani przez bestię.
Jako, że z całej ekipy byłem najszczuplejszy, to mi przypadłoby patrzeć do samego końca na okrucieństwa jakich doświadczaliby moi towarzysze młóceni przez transylwańskie przerazy. Prędko otrząsnąłem się z tych fatalistycznych wizji szukając otuchy w moich ewidentnie rozentuzjazmowanych kompanach. Nic nie przeczuwali...

Trasa ciągnęła się jak słaby włoski film puszczony od tyłu. W międzyczasie szybkie zakupy we wrocławskim hipermarkecie. Przedzieraliśmy się przez kolejne kilometry krętych szlaków i już lada chwila, zmierzchem pojawiliśmy się w Czechach, gdzie miał dołączyć ostatni z naszej Potężnej Czwórki potomków Van Helsinga. Powóz jęczał umęczony ciężarem gdy jechaliśmy już w komplecie. Kolejnym przystankiem miała być baza żarłocznych aroniożerców z Korei pomieszkujących, a jakże - na Węgrzech.
Gdy tylko nasz Czerwony Rydwan wyjrzał zza zakrętu ulicy na której owi przybysze ze wschodu pomieszkiwali, gromada wesołych Azjatek wystrzeliła nam na powitanie. Uśmiechnięte, może nawet uzależnione oczy momentalnie doszukiwały się aronii wewnątrz auta gdy tylko zatrzymaliśmy się na ich podwórzu.
Niemal klaskali i podskakiwali gdy wręczaliśmy im pudła z ich ulubionym smakołykiem. Na wieść o darmowych 'samplach' z uznaniem kłaniali się w pas, a gdy na koniec dostali torby z prezentami  - wyświęcili auto i dali błogosławieństwo na tę pełną niebezpieczeństw drogę...

Czytaj ciąg dalszy...

Komentarze

  1. ty? najszczuplejszy? hahha

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odezwał się uczeń Szkieletora! :D Z Ciebie te monstra miałyby pociechę z dobry tydzień! :D

      Usuń
  2. Krzysztofie. Proszę o jeszcze...

    OdpowiedzUsuń
  3. Oooooo. Rydwan 😀😀😀

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz